Ameryka po kampanii wszech czasów. Blog by Paulina Kozlowska and Marcin Gadzinski
Wpis
John Edwards został przyłapany o 2.40 w nocy w luksusowym hotelu w Beverly Hills, gdy wychodził z pokoju swojej kochanki, z którą ma dziecko...
Potem przez kilkanaście minut uciekał przed reporterami i fotoreporterami, aż schował się w garażu w męskiej ubikacji, i poczekał na przybycie hotelowych ochroniarzy, którzy odprowadzili go do samochodu.
Takie rewelacje przyniósł w połowie tygodnia National Enquirer, ostry tabloidowy tygodnik, o szczebel bardziej krzykliwy i brukowy od polskiego Faktu.
John Edwards to oczywiście były kandydat do nominacji Partii Demokratycznej na prezydenta, były oficjalny kandydat Johna Kerryego na wiceprezydenta, ostatnio na wąskiej liście kandydatów na wiceprezydenta u Baracka Obamy. Moim zdaniem (aż do teraz) - pewniak na stanowisko AG - prokuratora generalnego w administracji Obamy.
John Edwards oczywiście ma też ciężko chorą na raka żonę Elizabeth, a na lojalności i miłości do swojej żony i słodkich małych bliżniąt, oraz z w jakiejś mierze na ludzkim współczuciu oparł swoją ostatnią kampanię wyborczą. Niby nie udaną, ale przypomnę tylko, że w pierwszych prawyborach w Iowa Edwards był drugi - tuż za Obamą - i przed Hillary Clinton.
Nie wiem, czy historia romansu jest prawdziwa czy nie. Mocnych dowodów nie ma, choć plotki o romansach - i zajściu w ciążę pracownicy sztabu wyborczego Edwardsa krążyły po Waszyngtonie od dawna. Przesłanek jest sporo. NIby opisał to Enquirer, ale to nie czyni tej historii nieprawdziwą.
Jak dotąd tematem nie zajęły się główne amerykańskie media (tzw. MSM). Huczy za to na blogach (ale tych nie związanych z MSM). To bardzo ciekawy przyczynek do opisu dzisiejszych mediów w Amerycie, siły nowych mediów itd.
Od piątku temat powoli zaczął do MSM przeciekać. Tu opisuje go od medialnej strony redaktor Business Week, nie wytrzymał też Fox News (będący gdzieś na granicy tabloidu i MSM). Zbiera te reakcje londyński The Independent.
A tak wyżywa się na MSM - które zdaniem blogerów - nie wypełniają swoich obowiązków, gdyż chcą za wszelką cenę chronić "Świętą Elżbietę" - niezawody Slate:
--The New York Times doesn't tell you what happened yesterday.
--The print edition of the Washington Post doesn't tell you what happened yesterday.
--Newsweek doesn't tell you what happened yesterday.
--Time doesn't tell you what happened yesterday.
--Katie Couric didn't tell you what happened yesterday.
--Brian Williams didn't tell you what happened yesterday.
--Charlie Gibson didn't tell you what happened yesterday.
--RealClearPolitics doesn't tell you what happened yesterday.
--HuffingtonPost doesn't tell you what happened yesterday (and it's their story!). I blame the commenters.
--Mark Halperin doesn't tell you what happened yesterday.
--Mark Ambinder doesn't tell you what happened yesterday.
--One Roger Simon tells you what happened yesterday--but the other Roger Simon doesn't!
Has the gap between what the MSM lets you know and what happened--and what you can easily find out happened--ever been greater? ...
Moim zdaniem - w najbliższych dniach tama puści. Potrzebny jest jeszcze jeden mały czynnik - zdjęcie, wideo, jakiś cytat i temat trafi na pierwsze strony, gdyż w dzisiejszych czasach takich historii już się nie da ukrywać. Dla jasności - nie jestem za tym, by poważne media publikowały nie sprawdzone historie, szczególnie tak delikatne i bulwersujące tylko dlatego, że coś napisał brukowiec. Tyle tylko, że te poważne media powinny poważnie zająć się tym tematem, przypisac wielu reporterów i potraktować to jako normalną historię, którą sprawdzają. A takiej reakcji nie widać.
Aha, i jeszcze pani Hunter:

Berlin, czwartek, siódma wieczór
Obama w Berlinie! Obama w Berlinie!. Taką wiadomość rozesłałem do swoich znajomych, kiedy tylko sztab kandydata Demokratów ogłosił plan europejskiego etapu światowego tournee senatora z Illinois. Berlin leży ledwie 250 km od Poznania, do stolicy Niemiec jest więc bliżej i szybciej niż do Warszawy. Nie miałem żadnych wątpliwości, że 24 lipca będę tam, gdzie Barack Obama. Pozostawało jedynie zorganizować podróż i dowiedzieć się nieco więcej szczegółów.
Początkowo sztab Obamy zabiegał o to, aby przemówienie odbyło się pod Bramą Brandenburską, pod którą do tej pory przemawiało dwóch aktualnych prezydentów Stanów Zjednoczonych (Reagan w 1987 i Clinton w 1994) oraz jeden były (Bush senior 4 lipca tego roku podczas otwarcia nowej siedziby amerykańskiej ambasady). Wbrew pozorom John F. Kennedy pod słynną bramą nie występował. Historyczne zdanie Ich bin ein Berliner wygłosił w 1963 roku pod ratuszem dzielnicy Schoenefeld.
Naciski ze strony konserwatywnych polityków niemieckich, przede wszystkim kanclerz Merkel, doprowadziły do tego, że miejsce przemówienia przeniesiono ok. 1,5 km dalej, w głąb parku Tiergarten, pod Kolumnę Zwycięstwa. Miejsce tylko nieco mniej prestiżowe.
Godzinę rozpoczęcia (19:00) ustaliłem dzwoniąc do berlińskiego biura SPD. Na podróż ze mną zdecydowało się dwóch moich przyjaciół. Wszystko gotowe, w czwartek przed jedenastą ruszamy samochodem do Berlina na wiec Baracka Obamy!!
Podróż przebiega sprawnie, jak na polskie drogi, ale tylko do pewnego momentu. Autostradą do Nowego Tomyśla mkniemy szybko. Po zjeździe, w Miedzichowie serce nieco przyspiesza. To tu nie tak dawno zginął prof. Geremek Dalej już typowe polskie drogi z gigantycznym korkiem w okolicach Torzymia - przez remont ronda stoimy jakieś 1,5 godziny. To i tak nic - samochody jadące w drugą stronę będą stały co najmniej dwa razy dłużej. Korek ciągnie się niemal przez 20 km!
Wkrótce dojeżdżamy do granicy. Kilka miesięcy temu tu też stalibyśmy z godzinę. A teraz Schengen, zero kolejek, po prostu przejazd. No i zaczynają się zachwyty nad Unią Europejską, zaraz potem nad niemieckimi autostradami. Pędzimy szybko, nawet za szybko. Ani się oglądamy, a już przed nami zjazd na Berlin. Auto zostawiamy niedaleko lotniska Schoenefeld, na bezpłatnym parkingu, który poleciła nam przed wyjazdem znajoma. Podobno nikt tu aut nie kradnie
Po drugiej stronie ulicy znajduje się przystanek kolejki S-Bahn. Bilety kupujemy w automacie, który obsługuje tak z dziesięć języków, w tym polski. Kiedy automat bilet wypluje, trzeba go skasować w stojącym obok kasowniku. I tu ciekawostka: na każdym z nich leży sobie swobodnie malutki kluczyk, którym otwiera się kasownik, na wypadek jakiejś awarii, np. połknięcia biletu. Nie mogąc wyjść ze zdziwienia (w Polsce taki kluczyk poleżałby może z 15 minut) czekamy na pociąg S9, który jedzie prosto na słynny Alexanderplatz, gdzie stoi najwyższa budowla w Niemczech, 368-metrowa wieża telewizyjna. Stamtąd, już na piechotę, podziwiając ulice Berlina, udajemy się pod Kolumnę Zwycięstwa. Po drodze zatrzymujemy się na mały posiłek. Jest lekko po czwartej. W pięknym ogródku, na Unter den Linden zamawiamy po piwku i berlińskiej golonce. Mniam Jest tak ogromna, że żaden z nas nie zjada całości, a swoje zjeść potrafimy Za golonkę tylko 12 euro, a więc bardzo przyzwoicie. Najedzeni i napici ruszamy na przemówienie Obamy (najbardziej zaskoczeni jesteśmy widząc, przejeżdżającą ulicą, chyba dziesięciometrową, limuzynę hummera; do dziś się zastanawiam, jak tym czymś się skręca???). I tak sobie idąc, nagle zauważamy tłum ludzi pod hotelem Adlon. Przed wejściem utworzony został szpaler z kilkuset, może ponad tysiąca osób. W tym tłumie kamery telewizyjne, dziesiątki aparatów fotograficznych. Nie mamy wątpliwości - w Adlonie jest Obama! Na potwierdzenie naszych słów, słyszymy z boku rozmowę podekscytowanych Niemców, którzy nie mogą się doczekać tego, aby zobaczyć Obamę na żywo. Chwilę się wahamy się - iść już pod kolumnę, czy czekać pod hotelem? Chyba jednak lepiej poczekać tutaj - zamiast z kilkuset metrów zobaczymy Obamę ledwie z kilku. No to czekamy. W tłumie wszyscy zachowują się tak, jak gdyby nie czekali na polityka, tylko na jakąś gwiazdę rocka. Gdy tylko ktoś wychodzi przez hotelowe drzwi, słychać okrzyki i piski. Wow! No i tak mija nam godzina. W okolicach siódmej przez tłum przechodzi szmer i wszyscy w pośpiechu się rozchodzą Okazuje się, że Obamy w hotelu nie ma, a na dodatek już za kilka minut rozpocznie przemówienie pod oddaloną od hotelu o jakieś 1,5 km (Adlon znajduje się 100 metrów od Bramy Brandenburskiej) Kolumną Zwycięstwa! To ci numer! Niemal biegiem pędzimy na miejsce wiecu.
Już spod bramy widać niesamowity widok - stąd aż po kolumnę rozciąga się morze ludzi. Ludzi z Niemiec, Polski, USA, Wielkiej Brytanii, Angoli, Meksyku, Włoch, Francji, Czech. Zewsząd. W tym międzynarodowym tłumie człowiek czuje się jak na wieży Babel - niesamowita mieszanka języków! Po drodze widać wozy transmisyjne europejskich stacji telewizyjnych, na jednym z nich dostrzegamy znajome logo Polsatu.
Nagle tłum wariuje - na scenę wchodzi Barack Obama, a my czujemy się jak na stadionie, na meczu lub koncercie. Tylko zamiast kilkudziesięciu tysięcy widzów jest ich kilkaset tysięcy. I zamiast skocznych dźwięków z głośników słychać charakterystyczny głos Obamy, który mówi o konieczności poprawy stosunków transatlantyckich. Mówi - jak zwykle - gładko, płynnie i ogólnikami. Ale o większości problemów trapiących dzisiejszy świat.
Jak zaznacza na początku, nie występuje jako kandydat na prezydenta, lecz jako obywatel świata. Tę deklarację później wyśmieją stronnicy McCaina. W drodze pod Kolumnę Zwycięstwa stał nawet taki jeden - starszy pan, ze śmiesznym parasolem, do którego przytwierdził kartki A4 z nazwiskiem republikańskiego senatora. Przez zwolenników Obamy został potraktowany, jako coś dziwnego i niespotykanego, co koniecznie trzeba w jakiś sposób zarchiwizować. Pewnie stąd dziesiątki osób, które starszemu panu robiły zdjęcia.
Pod kolumnę oczywiście nie dotarliśmy. Nie było szans. Dość heroicznie, przeciskając się do granic możliwości, udało nam się umiejscowić niedaleko telebimu (tego najbardziej oddalonego od mównicy). Tak na oko, jakieś 500 - 600 metrów od Obamy, który przemawia po angielsku, a jego przemówienie nie jest tłumaczone na język niemiecki. Później niektórzy Niemcy będą mieli o to pretensje. W tłumie cisza. Nie słychać szmerów, chichotów, rozmów. Coś niesamowitego! Tysiące ludzi i wszyscy skupieni na tym, co mówi Obama. Ciszę co rusz przerywają jednak burze oklasków i rytmiczne skandowanie nazwiska senatora albo słynnego Yes We Can.
Barack Obama przemawia przez ok. 45 minut. Jego wiec kończy kilkuminutowa owacja, oczywiście na stojąco, ale to akurat nic dziwnego. W Berlinie nie ma pewnie 200 tysięcy wolnych krzesełek. Na telebimie widać jak Obama w asyście amerykańskich ochroniarzy schodzi do ludzi, aby uścisnąć im dłoń. Dla nas to czas na to, aby wracać.
W drodze powrotnej kupujemy odznaki z Obamą (jedna sztuka 2 euro, dwie - 5). W kilkanaście minut dostajemy się pod Bramę Brandenburską. No i znów dylemat - czekać pod hotelem na powrót senatora, czy może lekka przekąska i powrót do Polski? Mamy ochotę zostać, ale tym razem postanawiamy się lepiej upewnić, czy i o której Obama do hotelu wróci. Policjanci, poza tym, że senator w hotelu będzie odpoczywał, nic więcej nie wiedzą lub powiedzieć nie chcą. Podchodzę więc do dziennikarza niemieckiej telewizji N24, który również nie zna planu Obamy, ale mówi ciekawą rzecz. Senator przez cały dzień wchodził i wychodził tylnym wejściem. Pod głównym nie ma co czekać. No to idziemy do tyłu.
Tam również barierki i sporo osób. Pod wejściem stoi jednak kilka samochodów, w tym dwa duże, białe amerykańskie Chevrolety (na autach się zbytnio nie znam, ale charakterystyczne logo w kształcie krzyża chyba mnie nie myli). Samochody na 100% przyleciały ze Stanów z Obamą. I to nimi porusza się kandydat Demokratów.
Młody Niemiec mówi, że senator jest już w hotelu. Kiedy po chwili auta wjeżdżają do garażu postawiamy odpuścić. Idziemy przecznicę dalej i w azjatyckiej restauracji zamawiamy coś na ząb i białe wino. Spędzamy miło czas gawędząc sobie z siedzącym obok starszym małżeństwem z Anglii i młodym Amerykaninem, który pracuje i mieszka w Berlinie.
Okazuje się, że Brytyjczycy przyjechali na urlop do stolicy Niemiec i zatrzymali się właśnie w Adlonie. Dziś jedli nawet lunch tylko stolik obok Obamy i jego współpracowników! Tak jak wszyscy tego dnia również są zachwyceni kandydatem Demokratów. Miłą pogawędkę przerywa głos kolegi - patrzcie, Obama!. Rzeczywiście, tuż obok nas, przejeżdża kolumna samochodów, a przez szybę jednego z dwóch białych Chevroletów widać twarz Obamy, który z zaciekawieniem ogląda ulice Berlina.
No cóż, na nas już czas. Idziemy na dworzec, na Alexanderplatz. Wsiadamy w S9, po 20 minutach jesteśmy na naszej stacji. Około północy wyjeżdżamy z Berlina, o 3 rano jestem już w domu.
Za każdym kolejnym razem Berlin wydaje się piękniejszy. A sam wyjazd był niezwykły. To naprawdę było niesamowite przeżycie. Ciekawe, czy podobnie będzie pod koniec sierpnia w Denver? Ludzi na stadionie Broncos będzie co prawda tylko 80 tysięcy
No, ale bilet już kupiony.
Zdjęcia:
Obama na telebimie
img95.imageshack.us/my.php?image=obamacf0.jpg
Zwolennik McCaina też się znalazł
img95.imageshack.us/my.php?image=mccainnr7.jpg
Trójka w Berlinie (autor w środku)
img95.imageshack.us/my.php?image=trioqs1.jpg
ERRATA :-)
jedna odznaka z Obamą kosztowała of'coz 3 euro, a dwie 5 :-)
Fox na granicy tabloidalnosci ?? Oj nieladna, salonowa praktyka pietnowania kazdego, kto sie nie zgadza mianem oszoloma
Gad, obawiam się żeby poważna gazeta napisała to pierwsze zdanie którym Ty zaczynasz to musiałoby ono wyglądać następująco:
"John Edwards został rzekomo przyłapany rzekomo o 2.40 w nocy w luksusowym hotelu w Beverly Hills, gdy rzekomo wychodził z pokoju swojej rzekomej kochanki, z którą ma (rzekomo nieślubne) rzekomo dziecko..." :o) W polskim wydaniu przypomina to historie pewnego krawatu który wedle pewnej obserwacji wideo był na pewnym obywatelu a potem go nie było :o), co spowodowało że pewien minister pytał z uwagą i powagą - kto zaiwanił krawat? :o)
But there is more! :o) www.datelinehollywood.com/dateline_hollywood/2008/07/matthew-broderi.html
Matthew Broderick i John Edwards! ;o)
@allexamina:
gdy ma sie za zone Sarah, wiele uchodzi plazem...:)
a od powaznych gazet oczywiscie nie chce by publikowali glupoty (choc mozna by znalezc troche takich, ktore publikuja...) ale by sie rzucily na ta sprawe, by ja sprawdzic naprawde porzadnie - wedlug swoich standardow. A tego nie widze.
Slate opublikował ciekawe zestawienie "komentarzy" do rzekomego romansu Edwardsa. http://www.slate.com/id/2195914/
Czyżby to wszystko z miłości do Baracka? :)
Oh, come on GAD! Wybacz, ale National Enquirer przez lata ciągnął "aferę" o tym jak Bush Jr. pije i Laura straszy rozwodem. Jakoś nie przypominam sobie żebyś się wtedy odzywał że trzeba tę sprawę (pijaństwa prezydenta USA jakby nie było nawet jeśli Cheney odłączył w tajemnicy czerwony telefon ;o) ) dogłębnie zbadać. Wiec czemu nagle teraz?
prawda, pijanstwo W. bylo tematem dla enquirera - szczerze mowiac wspomnialem o tym kiedys nawet w jakims artykule dla GW - opisujac oznaki ponurej atmnosfery, w jakiej znalazla sie ta prezydentura.
ale zobacz - gary hart - enquirer, kupa breaking news, ktore sie sprawdzily w sprawie lewinsky - enquirer...
jakos mam wrazezenie, ze jak sie juz zajma polityka, to czesciej trafiaja, niz nie...
Miami Herald broke Rice-Hart story. Hart powiedział prasie, 'follow me around" - no i oni za nim pojechali... Enquirer tylko zdjęcia kupił i opublikował (po tym jak wszystko było w mediach). Historia Rice i Harta nie była o seksie ale o tym że Hart wyzwał media na pojedynek... po czym pojechał z kochanką i jej przyjaciółką (która robiła zdjęcia) jachtem na wycieczkę... Jak dziś pamiętam że jacht się nazywał Monkey Business... Pamiętam bo Mike Royko się strasznie naśmiewał...
But OK. What about McCain's sexual affairs? NYT dobrze zrobił podając ją do wiadomości?